Bywanie i czas

Azymut, nową serię fantasy Wydawnictwa Komiksowego, czyta się tak, jakby bohaterowie L. Franka Bauma, Lewisa Carrolla i Beatrix Potter wtargnęli do świata Cieknących zegarów Salvadora Dali, splądrowawszy uprzednio arabską baśń. Wilfrid Lupano i Jean-Baptiste Andréae serwują przygodę rozgrywającą się w rekwizytorni clockpunka i w oparach purnonsensu, będącą zarazem tragikomiczną narracją o relacji człowieka i czasu.

Profesor Arystydes Brelokint, ornitolog i konstruktor, próbuje dociec natury czasu. Mania Ganza, piękna lawirantka i złodziejka, była uczennica Brelokinta, poszukuje wiecznej młodości. Co więcej, mężczyźni zakochują się w niej od pierwszego wejrzenia, co jest, jak wiadomo, dużą oszczędnością czasu. Pośród amantów są król Ireneusz Wielkoduszny i malarz Eugeniusz. Hrabia Quentin de la Pérue to podróżnik, który ku własnemu zdziwieniu odkrywa dawno odkryty ląd. A wszystko to dlatego, że kierunki świata przestały istnieć, od kiedy w tajemniczych okolicznościach zniknął biegun północny. Gdzie indziej łowca nagród, major Orestes Pikot, towarzyszy antropomorficznemu królikowi Biegusiowi w odnalezieniu miłości jego życia. Kiedy część bohaterów, uciekłszy przed wyrokiem wydanym na Manię, rozpoczyna swoją podróż, z jaja klepsydrawia wykluwa się dziecięca wersja Arystydesa, a swoje żniwo zbiera złowrogi (?) Pożeracz Czasu. Jak widać, tom pierwszy, Poszukiwacze zaginionego czasu, ma charakter głównie ekspozycyjny. W tomie drugim, zatytułowanym Niech Piękna zdycha, dowiadujemy się, kto poluje na Manię, co stało się z biegunem północnym, wraz z peregrynantami zwiedzamy przybytek barona Smutka, obserwujemy, jak Orestes porzuca swą grupę, by spotkać się na pustyni z dawną flamą, a mityczny Bank Czasu pojawia się w samą porę, by pomóc uratować jedną z postaci. Brelokint, po dwakroć wcielony, jako starzec i młodzieniec – który może zresztą okazać się ojcem starca – dociera do krainy Baamona, króla barbarzyńców.

Rzut oka na fabułę upewnia czytelnika, że trochę w niej lekkości i świeżości, a trochę recyklingu. Autorzy, a za nimi tłumacz, mają frajdę z ogrywania najdrobniejszych motywów związanych z czasem, włączając w to kolejne nazwy „czasolubnych” ptaków (osobiście czekam na „poniewczasie”, „krotochwilki” czy inne cudowronki). Ale to zanurzanie się w akcie kreacji ma też swoje „plusy ujemne” – o misternie zaplanowane i uważnie wznoszone rusztowanie fantastycznego świata potykają się bohaterowie. W efekcie zabawa pisarza i rysownika w inżynierów rzeczywistości nie przysparza żywotności samej opowieści, której główny nurt – roztasowany natłokiem wątków, postaci i lokalizacji – mógłby się klarować dużo szybciej. Oczywiście technika opowiadania wykorzystująca retrospekcje, retardacje, symultaniczność ma swoje literackie uzasadnienie i jest certyfikatem warsztatu scenarzysty, potwierdzeniem sprawności w zagęszczaniu ambitnie pomyślanej, wielozdarzeniowej fabuły. Po lekturze pierwszych dwóch tomów widzimy wyraźnie, że zamiast konstruowania epopei mamy do czynienia z jej zwinnym fingowaniem. I nic w tym złego, taka konwencja – korzystanie ze skrótu i przyjazne dla czytelnika umizgi do absurdu (zwróćmy uwagę na sposób, w jaki Bieguś zmienia środek lokomocji, a zarazem przemieszcza się między wątkami opowieści w tomie drugim). Ale skoro „rozmach” mozaikowej historii potraktowano z dystansem, wypada autorom skupić się na bohaterach (być może pomogłaby jedna postać wiodąca w każdym albumie i prześwitujące przez pryzmat jej losów tło fabularnej całości?). A jeśli i tego braknie, bo awantura goni awanturę, mamy prawo wypatrywać na horyzoncie jasno zarysowanego celu przygody, czyli miary sensowności tego, co się dzieje. Agendy poszczególnych bohaterów zasupłują się jednak ze sobą zbyt wolno, do tego brak im właściwej hierarchii. W rezultacie największym osiągnięciem Azymutu – w przedziwny sposób korespondującym zresztą z purnonsensowym stylem komiksu – jest fakt, że opowiadana historia intryguje, choć właściwie brak jej intrygi… Ważąc wady i zalety takiego prowadzenia narracji i biorąc poprawkę na jej nieprzeciętną malowniczość, nakreślę taką oto fantazję: zobaczyć Azymut jako pełnometrażową fabułę, może animację, najlepiej w reżyserii Jana Švankmajera albo braci Quay.

Pod względem warstwy graficznej Azymut może z powodzeniem startować w komiksowym konkursie piękności, rzecz jasna z pozycji faworyta. Jean-Baptiste Andréae tka swoją rysunkową opowieść z dysonansów, i to na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, jego nitkowata, „ostra” kreska przebiega po miękkim materiale barw. Trochę jak w baśniowych szkicach Charlesa Vessa, ale Andréae pracuje bardziej dynamicznie, łącząc czasochłonny, imaginacyjny detal (architektura, technologia) z momentalnością i celnością karykatury (zindywidualizowane rysy twarzy, zróżnicowane sylwetki bohaterów). Po drugie, swoista nieregularność marzeniowych grafik Azymutu jest największą zaletą albumów i nie polega jedynie na osobliwym skojarzeniu szpiczastej kreski i lekkości koloru: artysta w jednej chwili szkicuje kanciaście, melodyjnie, z paletą barw Manueli Adreani, znanej ilustratorki książek dla dzieci, by chwilę później z właściwą sobie łagodnością „odegrać” kilka posępniejszych tonów z Lädronna (choćby w scenie z Pożeraczem Czasu w tomie drugim). Po trzecie, planszami Andréae rządzi arytmia kadrów: z tradycyjną ramą kontrastują panele, które rozlewają się po krawędzie stron. W pierwszym tomie zabieg ten dotyczy przeważnie „ujęć ustanawiających”, a więc panoram orientujących odbiorcę w charakterze lokalizacji danej sceny. W tomie drugim jednak na owym „przydawaniu” przestrzeni się nie kończy, a otwieranie kadrów i rezygnacja z marginesów służą kontrolowaniu tempa opowieści. Jedyny zawód sprawia Andréae w początkowym albumie, rysując ni stąd, ni zowąd golusieńką Manię w poetyce pin-up – dlaczego artysta tej rangi dokłada się do stereotypowego ukazywania kobiecości w bezmyślnie zaaranżowanej scenie, której wartość sprowadza się do pasania męskiego spojrzenia, trudno dociec.

Dwa pierwsze tomy Azymutu to lektura plastycznie olśniewająca, ale bałamutna. Wysiłek Lupano i Andréae owocuje inwencją wizualną, ale pisarstwo obywa się, jeśli można tak powiedzieć, bez desperacji w dążeniu do oryginalności. Cudacznie tu, ale bez rafinady. Interesująco, choć bez poloru. Bohaterowie, jak dotąd, zamiast „być” – „bywają”, zarówno w sensie fabularnym (dominanta podróży), jak i osobowościowym. Proustowsko brzmiący tytuł pierwszego albumu obiecuje żonglerkę klasycznymi motywami: wędrówki (dosłownej i metaforycznej), przemijania, młodości i starości, a wreszcie muśnięcie materii najważniejszej – idei śmierci. Ta obietnica pozostaje aktualna. Dlatego mimo zgłaszanej krytyki uważam, że po Azymut warto sięgnąć. Mam wrażenie, że okaże się dużo wdzięczniejszą całością, niż sugeruje suma dotychczasowych epizodów. Tymczasem zaś – tempus fugit. A lupus in fabula błąka się skołowaciały.

Damian Kaja

Przykładowe plansze

O albumach

Azymut, tom 1: Poszukiwacze zaginionego czasu
scenariusz: Wilfrid Lupano
rysunek: Jean-Baptiste Andréae
tłumaczenie: Wojciech Birek
48 stron, format: 240x320 mm
oprawa twarda
data wydania: luty 2016
wydawca: Wydawnictwo Komiksowe
ISBN-13: 978-83-64638-36-7

Azymut, tom 2: Niech Piękna zdycha
scenariusz: Wilfrid Lupano
rysunek: Jean-Baptiste Andréae
tłumaczenie: Wojciech Birek
48 stron, format: 240x320 mm
oprawa twarda
data wydania: marzec 2016
wydawca: Wydawnictwo Komiksowe
ISBN-13: 978-83-64638-37-4

Do nabycia (tom 1: Poszukiwacze zaginionego czasu)

sklep.gildia.pl
centrumkomiksu.pl
incal.com.pl
czytam.pl
komikslandia.pl
albertus.pl

Do nabycia (tom 2: Niech Piękna zdycha)

sklep.gildia.pl
centrumkomiksu.pl
incal.com.pl
czytam.pl
komikslandia.pl
albertus.pl

Sugerowany zapis bibliograficzny recenzji

Kaja, Damian „Bywanie i czas”. Recenzje. Internetowy dodatek do „Zeszytów Komiksowych”. <http://www.zeszytykomiksowe.org/recenzja_azymut>. 1 czerwca 2016.

 

Wróć do listy recenzji...

Data utworzenia strony: 1 VI 2016
Ostatnia modyfikacja: 5 XII 2016