Komiksowi barbarzyńcy i nie

Pierwszy kontakt wzrokowy z antologią Powrót Barbarzyńców i nie należy do dość osobliwych. Jej okładka zamiast zapraszać do środka, wynosi czytelnika w sferę science fiction. Widniejący na obwolucie latający obiekt pełny jest postaci mających tajemnicze plany i niesprecyzowane zamiary wobec... czytelnika. Po prostu kosmos. Taka okładka budzi ciekawość, a także rodzi pytania.

Co może łączyć Barbarzyńców, komiks i tematykę spod znaku SF? Cóż, ciężko znaleźć tu jakiś wspólny mianownik. Chyba że zaprojektowaną przez Pawła Mildnera okładkę potraktuje się jako mrugnięcie okiem w stronę czytelnika. Mrugnięcie sugerujące, że lektura albumu nie będzie przyziemna; że będzie ona wyprawą w - dla niektórych - nieznane, niezbadane obszary na styku komiksu i poezji. Odczytana w ten sposób okładka okazuje się dosyć trafnie zapowiadać antologię, w której zgromadzeni zostali autorzy wystrzeleni poza normę lub orbitujący po jej obrzeżach. Dotyczy to zarówno autorów wierszy, jak i ich graficznych adaptacji.

Trzeba zaznaczyć bowiem, że finałowe prace konkursu Komiks wierszem, które trafiły do wspomnianego albumu, pokazują, że istotnym kluczem doboru graficznych przekładów poezji były ich niewierność klasycznym standardom sztuki komiksowej. To w nich organizatorzy konkursu szukali punktu przecięcia wizji artystów komiksowych (i nie tylko) z twórczością Barbarzyńców (i nie). Innymi słowy, w pracach nadesłanych na konkurs pragnęli oni dostrzec komiksowe barbarzyństwo - analogicznie do tego poetyckiego - odstające od normy i zmuszające czytelnika do wzrokowej i mentalnej akrobatyki.

Antologię otwierają proste, chropowate i wymowne grafiki Kuby Kołodziejczaka, które składają się na ciekawą interpretację Urbi et orbi Marcina Świetlickiego. Plansze tego autora sprawiają wrażenie jakby narastał w nich konflikt pomiędzy czernią i bielą. Gdzieniegdzie spomiędzy popękanych, niezdarnych plam czerni wypływają na nich mocne akcenty kolorystyczne. W oprawie Kołodziejczaka utwór Świetlickiego przypomina zbiorowisko niespokojnych, nieoswojonych znaków/piktogramów - szorstkich, wściekle achromatycznych, momentami kolorowych.

Autorka następnej adaptacji graficznej unika z kolei barw. Zamiast tego wprowadza pomiędzy czerń a biel szarawe plamy. Brudy, szumy, trzaski, przetarcia i słowa - tak można by było podsumować pracę Magdaleny Chojnowskiej. Wersy pochodzące z Mata Maćka Meleckiego w jej aranżacji sprawiają wrażenie, jak gdyby wchłonęły atmosferę osmolonych ścian przywoływanego w nich lokum. Podążając za nakreśloną przez poetę pozorną „akcją”, Chojnowskiej gdzieniegdzie udaje się zasugerować (śladowe) ożywienie pośród martwej natury. Mimo to nie do końca przekonuje zaproponowane przez nią zakończenie.

Po tym w dużej mierze poemiksowym przekładzie przychodzi kolej na bardziej realistyczne obrazy z Morza Mariusza Grzebalskiego. Oprawa wizualna Wojciecha Pawlińskiego przyciąga uwagę sprawnym rysunkiem, przygaszoną kolorystyką i melancholijnym klimatem. Autor momentami dryfuje po powierzchni tekstu, popadając w zbytnią dosłowność, ale wynagradza to czytelnikom kilkoma udanymi, poetyckimi kadrami. Sąsiadujące z owymi morskimi pejzażami Tamte strony Meleckiego wyglądają już nieco inaczej. Marta Kubiczek w bardzo zredukowanej formie obrazuje ów wiersz jako „podróże” między wnętrzem a zewnętrzem, zanurzenia/wynurzenia poety. Jej utrzymana w łagodnym tonie praca dosyć mocno kontrastuje z kolei z Czekoladą stołeczną, której autorka - Maria Pawelska - wzięła na warsztat 21 lipca Marcina Sendeckiego.

W tej ostatniej pracy wiersz funkcjonuje jako element rysunku, grafiki. Odgrywa w niej rolę kompozycyjną i ekspresyjną. Słowo przestaje być u tej rysowniczki czytelne, a staje się przede wszystkim widzialne. Pawelska traktuje je bowiem jako środek wyrazu plastycznego. Wiersz Sendeckiego wpisuje w zredukowany (niemalże tylko do znaków) pejzaż uliczny. Pejzaż, który w wierszu pojawia się wpisany w kadr czy też ramę autobusowego okna. Rysowniczka nie stawia jednak plamom ani słowom żadnych ograniczeń poza tymi, które wyznacza krawędź kartki. I na tej białej płaszczyźnie pozbawionej zarysów architektonicznych, ale za to z uchwyconymi fragmentami sylwetek ludzi, ubiera słowa poety w uliczny pył, odziewa go w język przestrzeni publicznej.

Blisko sfery społecznej pozostaje też Karolina Zalewska ze swoją interpretacją wiersza Murzyn w podróży służbowej Adama Wiedemana. Nie odwołuje się ona jednak do estetyki ulicy, pejzażu zewnętrznego, a tego, co kryje się wewnątrz. Zalewska zdaje się odmieniać przez rysunkowe przypadki tkwiące gdzieś głęboko,w odmętach wyobraźni zbiorowej obrazy tytułowego murzyna. Słowo to przybiera u tej autorki kształty nieprzyzwoite, egzotyczne i przaśne zarazem. Całość wydaje się jednak nie być zbyt sprawnie poprowadzona.

W innym tonie utrzymana jest dwuplanszowa adaptacja Daniela Grzeszkiewicza. Twórca ten oparł, a raczej zawiesił, swoją graficzną interpretację Nie Dariusza Sośnickiego na kłębowisku sznurków, lin, połączeń, mechanizmów, które - podobnie jak to ma miejsce w pierwowzorze - kończą się na niedbale odłożonej słuchawce telefonu.

Po ilustracjach Grzeszkiewicza wzrok czytelnika wędruje wprost do Massachusetts Miłosza Biedrzyckiego, które przyciąga delikatnym rysunkiem Heleny Siemińskiej, cienką kreską gdzieniegdzie zatopioną w różnych odcieniach szarości. Interesująco wypada to zestawienie kruchych konstrukcji z plam i linii w zestawieniu z niezbyt subtelnym językiem wiersza. Z wizualnym przekładem Siemińskiej sąsiaduje po brzegi wypełniony brzydką PRL-owską estetyką kolaż Macieja Jasińskiego. W oprawie tego autora Nieodwracalne skutki rusyfikacji Krzysztofa Jaworskiego spozierają na czytelnika zagryzmolonymi oczami dzieci ze szkolnych fotografii. We wspomnianej realizacji Jasiński zderzył własną „historię” - komentarze nabazgrane koślawo na prywatnych zdjęciach - z „opowieścią” poety. Rezultat przypomina uczniowską „radosną twórczość”, ale trzeba przyznać, że broni się jako całość.

Następne w antologii są ilustracje Ewy O’Neill do wiersza Marcina Barana. Przywodzące na myśl krótkie migawki, pocięte obrazy w klimacie noir nie oddają jednak raczej w pełni przaśnej wizji, którą nakreślił autor tekstu. Zajmująca kolejne strony praca Agnieszki Piksy - która zdążyła już przyzwyczaić czytelników do swoich oszczędnych, przypominających piktogramy rysunków - również wydaje się nie do końca trafiona. Warto jednak zwrócić w niej uwagę na dość nietypowe dla tej artystki wykorzystanie fotografii.

Zdecydowanie lepiej niż obie wyżej wymienione panie z komiksowym przekładem radzi sobie Berenika Kołomycka. Swoją interpretację wiersza Świetlickiego zaczyna od ciszy - obrazów pokazujących akcję nieopisaną przez poetę wprost, a jedynie zasugerowaną za pomocą spójnika, który otwieraja oryginalną wersję tekstu. Następnie rysowniczka uzupełnia rysunkowe kadry słowami. Bardzo sprawnie wykorzystuje zastosowane w wierszu zapętlenia i sprawia, że finał M - morderstwo wybrzmiewa w jej komiksie inaczej niż u Świetlickiego. Innymi słowy udaje jej się wydobyć z wiersza nowe, ciekawe treści.

Autor kolejnego obrazowego przekładu podąża w kompletnie odmiennym kierunku. Latem 1987 Macieja Kotłowskiego to wizualna opowieść, która rozwija się równolegle wobec wiersza Andrzeja Sosnowskiego o tym samym tytule i pozostaje wobec niego w dużej mierze odrębna. Autor rozmieścił rysunkowe kadry i tekst poety na planszach w taki sposób, że trudno określić, które fragmenty tekstu odnoszą się do poszczególnych obrazków. Z tego powodu czytelnik może odnieść wrażenie, że w pracy tej słowo i obraz rzadko kiedy wchodzą z sobą w głębsze relacje.

Realizacja tego ostatniego autora pod niemal każdym względem kontrastuje z komiksem Brunona Althamera, który posługując się prostą, choć chwilami dekoracyjną kreską, buduje głębszą, bardziej klarowną relację pomiędzy swoimi rysunkami a tekstem Pożegnań Adama Wiedemanna. Praca Althamera jest przedostatnią pozycją w spisie treści antologii. Po niej pojawia się już tylko kilka pożółkłych ilustracji Katarzyny Balickiej zwieńczonych ciemnofioletową plamą. Jej wariacja na temat Nieporozumienia Grzegorza Wróblewskiego budzi mieszane uczucia. Z jednej strony zwraca uwagę ciekawym pomysłem, z drugiej - nie przekonuje sposobem realizacji. Krótko mówiąc, nie jest najmocniejszym punktem w „barbarzyńskim” almanachu.

Powrót Barbarzyńców i nie jest antologią ciekawą. Trudno jednak nazwać ją zaskakującą czy wyrównaną. Wielu zgromadzonych w niej rysowników zdecydowało się na realizacje swoją formą przypominające poemiks czy ilustrację. Wydaje się to całkiem naturalne przy pracy z wierszem, który niejako narzuca sposób prowadzenia komiksowej narracji: dążenie w kierunku wertykalnym, a oddalenie się się od horyzontalnego (zwykle kojarzonego z fabułą). W albumie zdecydowanie nie brak prac przyciągających uwagę czytelnika szatą wizualną, lecz część z nich traci jego zainteresowanie po drodze, w bliżej nieokreślonym „gdzieś” między wierszami (choć bynajmniej nie wiersze należy tu winić).

Mimo wszystko warto do Powrotu... zajrzeć chociażby po to, by zobaczyć, jak poszczególni twórcy zmierzyli się z napięciami na linii komiks-poezja i przekonać się, jak w swoich pracach próbowali wykorzystać możliwości komiksowego medium.

Magdalena Rucińska

Przykładowe plansze

O albumie

Powrót Barbarzyńców i nie
scenariusz i rysunki: Bruno Althamer, Katarzyna Balicka, Magdalena Chojnowska, Daniel Grzeszkiewicz, Maciej Jasiński, Maciej Kotłowski, Jakub Kołodziejak, Berenika Kołomycka, Marta Kubiczek, Ewa O’Neill, Wojciech Pawliński, Agnieszka Piksa, Maria Prawelska, Helena Siemińska, Karolina Zalewska
okładka: Paweł Mildner
72 strony, format 210 x 297 mm
oprawa miękka, środek kolorowy
data wydania: marzec 2013
wydawca: Biuro Literackie
ISBN-13: 978-83-63129-35-4

Do nabycia

poezjem.pl
incal.com.pl
sklep.gildia.pl
albertus.pl

Sugerowany zapis bibliograficzny recenzji

Rucińska, Magdalena. „Komiksowi barbarzyńcy i nie”. Recenzje. Internetowy dodatek do „Zeszytów Komiksowych”. <http://www.zeszytykomiksowe.org/recenzja_barbarzyncy>. 27 października 2013.

 

Wróć do listy recenzji...

Data utworzenia strony: 27 X 2013
Ostatnia modyfikacja: 5 XII 2016