Imaginauci w świecie nadmiaru

Publikacja drugiego tomu serii Black Science, za którego warstwę wizualną odpowiadają Matteo Scalera i Dean White, za fabułę zaś Rick Remender, to wyborna okazja, by sprawdzić treść recenzji i sloganów, reklamujących komiks jako wystawną przygodę opowiedzianą w konwencji pulpowego science fiction, przede wszystkim zaś jako majstersztyk projektu, rysunku i koloru.

Przygoda trwa: po niespodziewanych wydarzeniach finału poprzedniej historii drużyna Anarchistycznej Ligii Badaczy kontynuuje podróż po zakamarkach Metawszechświata, skazana na kapryśne (?) działanie zbudowanej przez Granta McKaya Latarni. Proszę zwolnić mnie z obowiązku dokładniejszego streszczania fabuły, bym nie psuł przyjemności lektury. Zacznę zresztą przekornie, nie od szaty graficznej, ale od pisarstwa. Po pierwsze, dla Remendera high concept typu „co by było, gdyby istniała maszyna do wojaży po alternatywnych wymiarach rzeczywistości”, to tylko narzędzie w przyborniku opowiadacza, macierz, w której zawieszone są i melodramatyczne wątki, i nader dobrze skrojone sylwetki postaci – o unerwionych twarzach, względnie zniuansowanych motywacjach, porysowanych obliczach moralnych. W trakcie lektury czytelnik nie pobłądzi w ich labiryntowych wnętrzach, ale też nie ugrzęźnie w fabularnej miazdze spod znaku klasycznego pulp magazine czy penny dreadful, gdzie częściej niż rzadziej persony z tektury (względnie jaskrawa, pojedyncza Tytułowa Osobowość) statystowały w gonitwie sensacji. W Black Science „szał afery” (frazes promujący w rodzimej prasie jeden z przedwojennych filmów) pilotowany jest przez działania osób dramatu. Narracja Remendera żywi się pulpą, owszem, rozpędza wariackie tempo akcji, ale ciężar gatunku czy konwencji opowiadania dźwigają, jeśli można tak powiedzieć, suwereni swoich losów – bohaterowie. Nie diablo oryginalni, ale przynajmniej niezadeptani w korowodzie zwrotów akcji.

Po drugie, pomysłowi gatunkowej zabawy z „fikcją naukowości” należy się przyglądać z pogodnym uśmiechem ironisty. Tak sugeruje scenarzysta, kiedy jednej z postaci każe napomknąć o efekcie Dunninga–Krugera, za którego opisanie obaj panowie otrzymali nagrodę Ig Nobla, niechlubne przeciwieństwo najważniejszego naukowego wyróżnienia. A więc science – ale w stroju dobrodusznej kpiny, w cudzysłowie świata na opak. Koniec końców, zdaje się przypominać Remender, w samej zbitce „fantastyka naukowa” mami nas cichy dźwięk oksymoronu…

Nie oznacza to jednak, że pisarskim przemyśleniom brakuje głębi, nawet jeśli jest to głębia obmacana ręką bawiącego publiczność kuglarza. Trudno przeoczyć powtórzone dwukrotnie w numerze dziesiątym słowa: „Czy cokolwiek ma znaczenie, jeśli każda możliwość staje się faktem?”. Czytam je zupełnie serio – jako zadumę nad kondycją człowieka dotkniętego kryzysem vanitas, izolacją od poczucia marności wynikającej z przemijania niepowtarzalnego życia: każda potencjalność została już zrealizowana, każdy wybór obnażył już swój sens lub brak sensu dla którejś wersji mnie-innego. Dalej jest już tylko pytanie o wolność i zamyślenie nad tożsamością człowieka w świecie nadmiaru: jeśli istnieją niepoliczone, lustrzane, „słabe” warianty mojego „ja”, kim jestem? Brak „oryginału” daje impuls do poszukiwania początku, centrum, źródła (czyż nie właśnie ku niemu zmierzać będą bohaterowie?). Tego typu pytań może czytelnik zadać pod adresem opowieści dużo więcej. Barwne płótno, na jakim rozgrywa się awanturnicza fabuła Remendera, rozpięte jest na sztalugach wielkiego, chyba niewystarczająco przepracowanego tematu dwudziestowiecznej literatury: napięcia między zanikaniem myślenia magicznego, mistycznego a triumfem mentalności scjentystycznej, charakterystycznej dla zachodniej cywilizacji „szkiełka i oka”. Uczestnicy popkultury wyczuwają zapewne, że zderzenie magii i technologii to coś więcej niż, powiedzmy, wiecznie zdefektowana techno-mistyczna omnipotencja Marvelowskiego Victora von Dooma czy prawda płynąca z powtarzanej usque ad nauseam sentencji Arthura C. Clarke’a, że każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. W serii Remendera i Scalery tytułowa „czarna nauka” i jej domniemany pozytyw w postaci „białej nauki” przeglądają się w znanym antropologom kultury podziale na białą i czarną magię. Jak możemy się domyślać, „black science” zagarnia w dziedzinie przedmiotu, celu i metody wszystko to, co proto-, para- czy pseudonaukowe, a więc urągające naukowej weryfikowalności, etycznie ryzykowne, przychodzące z pogranicza „możliwego” i „niemożliwego”, to, co wybiega w rejony poznawczego i instytucjonalnego anarchizmu. Mniejsza więc o fantastyczność maszyny skaczącej po cebulowatym modelu rzeczywistości – ważniejsze, że jej pasażerowie to awangardziści buntu wobec tego, co w nauce oficjalne, kodeksowe, proceduralne (może tak samo jak Dunning i Kruger?). Antyestablishmentowo skrojony koncept Anarchistycznej Ligi Badaczy jest lekcją Remenderowskiego pisarstwa.

Rick Remender to artysta – także rysownik, o czym dziś pozwala nam nieco zapomnieć – o punkrockowej duszy. Rzecz jasna, z nieufnością spoglądać można na kontrkulturową wrażliwość kogoś, kto przez lata wymyślał przygody flagowych korpo-herosów Marvela. W jego projektach, także tych „zleconych”, zaznacza się jednak różnie realizowana alternatywa wobec tego, co głównonurtowe: wyczulenie społeczno-polityczne (Captain America), tęsknota mistyczna (Strange Girl), egzorcyzmowanie lęków futurologicznych (Tokyo Ghost), zamiłowanie do fantastyki (Low), szczególnie tej kontestującej literackie zachłyśnięcie się spekulacją naukową i bezpretensjonalnie celebrującej przygodę (Fear Agent). Kiedy pisze dla Marvela, jest architektem wieloodcinkowych narracji, godzącym wielkoformatową akcję ze zbliżeniami superbohaterskiej prywatności (Uncanny X-Force, Uncanny Avengers, Venom). W jego warsztacie i imaginarium ożywa duch prac Chrisa Claremonta i ośmielonej wyobraźni Jacka Kirby’ego. Kiedy skupia się na pomysłach autorskich, z wdziękiem montuje elementy autobiograficzne w ramach wybujałego konceptu fabularnego (szkoła dla młodych zabójców w serii Deadly Class jako pretekst do osobistej rozprawy z okresem adolescencji). Remender przemawia nieco inną angielszczyzną niż Brian Bendis czy Robert Kirkman, mniej uniwersalną, momentami trudniejszą, bardziej wyrafinowaną. W Teraz, nigdzie widzimy, jak zręcznie posługuje się monologiem wewnętrznym postaci, rozgrywającym się na płaszczyźnie innej niż towarzysząca mu narracja wizualna. Umówmy się więc co do dwóch kwestii. Pierwsza: Black Science nie tylko uzupełnia powyższą listę tytułów, ale i uwierzytelnia jej wyliczenia, dodając do nich swoisty hołd autora dla komiksu gatunkowego w rodzaju Weird Science czy Weird Fantasy z nieodżałowanego EC Comics. I druga: żaden ze wspomnianych rysunkowych seriali nie zasłużył wprawdzie na chwałę arcydzieła, ale wszystkie razem składają się na dorobek będący wizytówką ukształtowanej osobowości twórczej. Mało znanej w naszym kraju, dlatego tym większe uznanie dla Taurusa, że zdecydował się na publikację wcale nie najgłośniejszej, ale koncertowo opowiedzianej serii z przebogatej oferty Image Comics.

Za wyborem stał zapewne hipnotyczny urok strony graficznej Black Science. W szkicach Scalery zamieszkuje demon ruchu: kadry w pościgu za kadrami, śmigające sylwety, kreskowane metodycznie, ale żywiołowo, niby z prędkościomierzem w ręku. A przy tym eksplozja dziwów krajobrazu, kontury posępnej baśni. Dynamice rysunku towarzyszy karnawał barw, z soczystymi zieleniami łamanymi rubinem czy fuksją, ocieplanymi żółcią i pomarańczem. Początkowo, w tomie pierwszym, barokowe malunki Deana White’a zdawały się – w moim odczuciu – zbytnio obciążać zarazem eteryczne i rakietowe pociągnięcia ołówka Włocha. Mimo to pracowały na sukces całości, osiągany głównie doborem palety i zaskakującym efektem „niezgodnej zgodności”. W Teraz, nigdzie, nieco bardziej stonowane i płaskie, częściej ograbiane z tekstury, jeszcze lepiej współgrają z popisowymi kreacjami przestrzennego czy technologicznego Innego, torując drogę nowemu koloryście w zeszycie ostatnim (Michael Spicer). Notabene, choć nomenklatura polskiego wydania tego nie oddaje, praca White’a określana jest w oryginale jako „painted art”, co do pewnego stopnia zrównuje status rysownika i artysty koloru („color artist” to zresztą inna formuła nobilitacji, słusznie propagowana od jakiegoś czasu w „listach płac” amerykańskiego komiksu). Warto tę zmianę odnotować.

Kiedy w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia Alan Moore wymyślał perypetie tytułowego bohatera komiksu Supreme, mówiło się, że to rodzaj pisarstwa „zamiast” – recepta na zdrowie Supermana naszych czasów, zrealizowana poza serią o Supermanie. Myślę o owym „zamiast” podczas lektury Black Science. Tak mogłaby wyglądać współczesna wersja Fantastycznej Czwórki. Odważna, nienostalgiczna, kipiąca pomysłami, wyczuwająca Zeitgeist nowej ery. Scenarzysta doskonale to rozumie, nazywając swoich międzywymiarowych wędrowców dimensionauts – wszak do stworzonej pół wieku wcześniej przez Stana Lee i Jacka Kirby’ego Pierwszej Rodziny Marvela przylgnęło określenie „imaginauci”. Pulpowa estetyka nadmiaru Black Science odpowiada na odczuwany przez niektórych mieszkańców późnej nowoczesności syndrom wyczerpania sztuki – może jest jego rewersem, może tylko kolejnym imieniem. Nieważne. Dopóki rozrywka stwarza przystań dla imaginautów pokroju Ricka Remendera i Matteo Scalery, nie grozi jej trwonienie majątku wyobraźni. Przygoda trwa.

Damian Kaja

O albumie

Black Science, tom 2: Teraz, nigdzie
scenariusz: Rick Remender
rysunek: Matteo Scalera i Dean White
tłumaczenie: Krzysztof Janicz
136 stron, format: 170x260 mm
oprawa miękka
data wydania: październik 2015
wydawca: Taurus Media
ISBN-13: 9788364360626

Do nabycia

taurusmedia.pl
centrumkomiksu.pl
incal.com.pl
czytam.pl
sklep.gildia.pl
komikslandia.pl
albertus.pl

Sugerowany zapis bibliograficzny recenzji

Kaja, Damian „Imaginauci w świecie nadmiaru”. Recenzje. Internetowy dodatek do „Zeszytów Komiksowych”. <http://www.zeszytykomiksowe.org/recenzja_black_science>. 7 lutego 2016.

 

Wróć do listy recenzji...

Data utworzenia strony: 7 II 2016
Ostatnia modyfikacja: 5 XII 2016