Ryba psuje się od głowy

Alfred Hitchcock zasłynął za sprawą Ptaków, a Junji Ito stworzył Ryby, bo tak należałoby tłumaczyć na język polski tytuł Gyo. Pomimo że nie jest to najlepszy komiks tego autora, powinien wzbudzić zainteresowanie miłośników mangowych horrorów.

Nie na darmo we wstępie przywołałem mistrza filmowego suspensu. Analogie pomiędzy dziełem Hitchcocka i komiksem japońskiego twórcy nie kończą się bowiem na zagrażającej ludziom faunie - powietrznej czy też wodnej. Przede wszystkim Gyo opiera się na bardzo podobnym schemacie co wspomniany wyżej film. Dwójka nastolatków - Tadashi i Kaori spędza wakacje na Okinawie. Sielankowy pobyt przerywa pojawienie się dziwacznych stworzeń. Na ląd wychodzą tytułowe ryby, które wkróte zaczynają siać postrach w okolicy. Jakim cudem ryby wychodzą na ląd? Przecież nie mają nóg! Okazuje się, że są połączone z dziwacznymi metalowymi odnóżami nieznanego pochodzenia. Poza tym są martwe i dlatego straszliwie cuchną. Zaczyna się od kilku drobnych rybek, przed którymi bohaterowie bez problemu uciekają, ale problem ulega błyskawicznej eskalacji. Rekin czy ośmiornica pełzające po lądzie stanowią już znacznie poważniejsze zagrożenie.

O ile w Ptakach prawie połowa filmu upływa na przedstawieniu postaci, a także pozyskiwaniu dla nich sympatii widza, u Ito zawiązanie akcji zajmuje zaledwie pierwszy rozdział. Kaori daje się poznać jako zrzędliwe i zmanierowane dziewuszysko, które prześladują jakieś dziwne fobie. Bo jak inaczej nazwać można absurdalnie wyczulony węch? Tadashi jest zupełnie pozbawiony wyrazu. Postacie drugoplanowe również nie są zbyt interesujące czy sympatyczne. Jedynie odrobinę żal mi asystentki prof. Koyanagiego - naukowca, który badał zarazę w późniejszych odcinkach. To wszystko sprawiło, że prawie od początku zacząłem kibicować rybom. I opłaciło się. Okazało się bowiem , że roznoszą one straszliwego wirusa, który stopniowo zaczyna zbierać krwawe żniwo wśród ludzi. Wkrótce Japonia pogrąża się w chaosie, a komiks zaczyna odrobinę przypominać opowieści o zombie. Ludzie, którzy z niewiadomych przyczyn byli odporni na wirusa, powariowali, jak np. właściciel osobliwego cyrku, albo próbowali przeciwdziałać zarazie (Tadashi), albo zrobili obie rzeczy jednocześnie (prof. Koyanagi).

Pomimo wad tego albumu trzeba zwrócić uwagę na niesamowitą pomysłowość jego autora. Uzumaki wydane u nas w zeszłym roku temu opowiadało o zabójczych spiralach. Tutaj mamy równie zabójcze scyborgizowane ryby zombie. Oba pomysły brzmią absurdalnie, ale z obu Junji Ito potrafił wyciągnąć maksimum. Tyle, że w tym przypadku niekoniecznie wyszedł mu komiks przerażający. Ryby bardziej zmierzają w stronę kampu i czytelnik raczej czyta dalej, by dowiedzieć się, do jak absurdalnych form uda się twórcy doprowadzić początkowy pomysł, a kończy lekturę z uśmiechem na twarzy. Jednakże jest to uśmiech, który delikatnie przekrzywia się i stopniowo przechodzi w grymas obrzydzenia, bo wszelkie potworności narysowane są w komiksie bardzo sprawnie i szczegółowo. Autor Gyo zdaje się również nie mieć sobie równych w sugestywnym przedstawianiu procesu stopniowego popadania w obłęd. Równie przekonująco narysowane zostały sceny halucynacji wywoływanych przez trupi odór ryb-zombie.

Komiks niestety kończy się nijako i niesatysfakcjonujaco. Chyba że całość jest alegorią zmagań Kaori z jej nerwicą. Ona akurat doczekała się pewnego „rozwiązania” swojego problemu z brzydkimi zapachami. Nie sposób więc nie polubić przewrotnego poczucia humoru, jakie cechuje Junjiego Ito. Z drugiej strony nagromadzenie odrażających widoków bez poczucia dążenia do konretnego celu i ostatecznego spełnienia przybliża Gyo kształtem do dwóch krótkich historii dołączonych na końcu tomiku. O ile w kilku czy kilkunastostronicowej historii czytelnika łatwo wciągnąć w śledzenie akcji i zaszokować interesującym konceptem, o tyle rozciągnięcie tego na kilkaset stron nie robi już takiego wrażenia. Warto jeszcze wspomnieć, że animowana adaptacja komiksu, mimo pewnych niedostatków, całkiem nieźle radzi sobie ze wspomnianymi przeze mnie problemami omawianej tu mangi poprzez poszerzenie obsady i liczby wątków fabularnych oraz przeniesienie co bardziej irytujących cech Kaori i Tadashiego na nowe postacie.

Bardzo cieszy mnie, że J.P.F. kontynuuje wydawanie komiksów Junjiego Ito w ładnych, powiększonych wydaniach. Standard wydawniczy stoi na wysokim poziomie. Cieszy też znaczna poprawa w jakości projektów obwolut w kolekcji Mega Manga, której częścią jest Gyo. To bardzo miła niespodzianka po bardzo słabym designie Uzumaki. Jedyne co w polskim wydaniu mi nie pasowało, to przekleństwa w tłumaczeniu. Rozumiem, że Japończyk też człowiek i lubi czasem rzucić mięsem, ale obraźliwe słownictwo wykorzystane w tym albumie brzmi nienaturalnie. Odnoszę wrażenie, że istnieją lepsze sposoby zastosowania wulgaryzmów. W obecnym kształcie Tadashi, który najczęściej miota przekleństwami i który bez tego wywiera na czytelniku niezbyt miłe wrażenie, jawi się jako uosobienie chamstwa i prostactwa.

Pomimo swoich wad Gyo spodoba się fanom twórczości Junjiego Ito, bo dostaną w tym komiksie wszystkie standardowe chwyty tego autora: groteskę, epatowanie obrzydliwością i niecodzienne pomysły doprowadzone do absurdalnej formy. Czytelnikom niezaznajomionym z jego mangami proponuję raczej sięgnięcie po dużo lepsze Uzumaki albo po zapowiedziane Black Paradox i Hellstar Remina.

Konrad Dębowski

Przykładowe plansze

O albumie

Gyo: Odór śmierci
scenariusz i rysunki: Junji Ito
400 stron, format 14,5 x 20 cm
oprawa miękka z obwolutą, środek czarno-biały
data wydania: marzec 2013
wydawca: J.P.F.
ISBN: 978-83-7471-303-0

Do nabycia

jpf.com.pl
komiksiarnia.pl
incal.com.pl
sklep.gildia.pl

Sugerowany zapis bibliograficzny recenzji

Dębowski, Konrad. „Ryba psuje się od głowy”. Recenzje. Internetowy dodatek do „Zeszytów Komiksowych”. <http://www.zeszytykomiksowe.org/recenzja_gyo>. 28 maja 2013.

 

Wróć do listy recenzji...

Data utworzenia strony: 28 V 2013
Ostatnia modyfikacja: 6 XII 2016