Muza i bon vivanci

Komiksowa biografia autorstwa Catel i José-Louisa Bocqueta nie jest arcydziełem. Ale nie jest też miernotą. Kiki z Montparnasse’u to powieść graficzna momentami odważna, ale dużo częściej zachowawcza. Opowiedziana sprawnie, choć nigdy olśniewająca. Zdolna prowokować dyskusje, a przy tym przystępna w lekturze. Publikując francuski komiks, który nie mnoży kontrowersji (dotyczących życia bohaterki) za pomocą kontrowersyjnych środków (narracji), Kultura Gniewu wyciąga rękę do szerokiego grona czytelników.

Kochała sztukę i łapczywie pochłaniała życie. Miała głos i śmiech, któremu nie mogli oprzeć się mężczyźni. Bardziej niż być, lubiła bywać. Spełniała się jako modelka, szansonistka, artystka kabaretowa, a okazjonalnie malarka i aktorka. W świadomości potomnych przetrwała jednak Alice Prin jako Kiki, kochanka i muza wielkich artystów pierwszych dekad XX stulecia. Jej życie rozpada się na epizody, przez które przemykają Amadeo Modigliani, Man Ray, Pablo Picasso, Tristan Tzara, Marcel Duchamp, Iwan Mozżuchin, Jean Cocteau, Ernest Hemingway i wielu innych. Przynajmniej kilku z nich mogłoby zakrzyknąć do niej słowami Vladimira Nabokova, parafrazą początku Lolity: „Kiki, światłości mojego życia, ogniu moich lędźwi. Grzechu mój, moja duszo”. Gdyby tylko nie były to słowa dużo późniejsze. I gdyby tylko mężczyźni jej życia pozostawali przy niej dłużej niż na brzmienie zdania. Stosunkowo trwały był burzliwy związek z Man Rayem, znanym fotografikiem i filmowcem. Najwierniejszym towarzyszem i opiekunem Kiki w późniejszych latach okazał się André Laroque. Ale nie można oprzeć się wrażeniu, że przelotne znajomości kobiety to tylko kolejne kamuflaże jej samotności. Tej, która zaczyna się w komiksie w momencie narodzin Alice, której kontynuacją jest świadomość braku ojca, nieobecność matki, a wreszcie wyparcie się córki przez jej rodzicielkę. Zachłanne kosztowanie narkotyku życia to rodzaj ucieczki. A kiedy przestaje wystarczać, pojawia się inne uzależnienie - od kokainy. A później toksyczny związek z mężczyzną. I powolne gaśnięcie Królowej Montparnasse’u.

Jak widać, Bocquet i Catel wybierają „boleśnie” tradycyjny model opowieści, odsłaniając postać Alice na przestrzeni całego jej życia: od czupurnego dziecka, przez salonową lwicę francuskiej cyganerii, po dobiegającą swych dni w ubóstwie korpulentną damę o gołębim sercu, bohaterkę przeminionych skandali. Jej skryty za pseudonimem życiorys to historia-samograj, doskonała jako podstawa wartkiej gawędy. Ale im bliżej jej końca (mniej więcej od pojawienia się wątku berlińskiego), tym bardziej widoczne stają się skazy warsztatu scenarzysty: płynna dotąd epizodyczność wpada w arytmię, fabularny pośpiech, jakby wymuszone domykanie opowieści o „nadmiarze życia”. Francuskim twórcom nie można jednak odmówić talentu: barwnie odmalowują zeitgeist francuskiej bohemy, ducha i „zaduch” artystowskiej codzienności, zaglądają za kulisy wielkiej sztuki - może zbyt anegdotycznie, ale nie tracą przy tym werwy rodem z powieści awanturniczej. W dialogach Kiki jest miejsce i na przaśne przyśpiewki, i na szczyptę drapieżnego humoru. Rysunki Catel może nie porywają, jego plansze szybko wytracają początkową żywotność, choć chwilami przypominają nawet kreskę wczesnego Willa Eisnera. Doskonale służą jednak opowieści: nawet kiedy nic nie mówi, Kiki potrafi być trzpiotowata, zadziorna, figlarna, pełna przekory, łaknąca bliskości (zdarzają się jednak wpadki, jak np. „kanciasta”, topornie tuszowana scena, kiedy Alice pozuje Maurycemu Mędrzyckiemu). Jak wielką pracę wykonali Catel i Bocquet, przekonuje zestawienie języka komiksu z „suchym” tekstem kalendarium i biogramów, które załączono także do polskiego wydania: postaci ich powieści, choć jest ich zbyt wiele, nie są płaskie, a te najważniejsze bezsprzecznie posiadają własny, dystynktywny głos. Ktokolwiek czytał pisma Cocteau, od razu rozpozna „natchniony”, liryczny ton jego intelektualnych tyrad. Podobnie ze słowną oszczędnością Man Raya. Uśmiech budzi dryg do nieformalnego dialogowania samej Kiki, nawet jeśli to efekt dość „tani” - jej prowincjonalna bezpośredniość i zuchwałość niejednokrotnie taranują bon ton francuskiego establishmentu (scena z ministrem spraw wewnętrznych).

Jest więc w graficznej powieści znad Sekwany coś nieznośnie tradycyjnego, a równocześnie - pociągającego w swojej prostocie, w czytelniczym adresie middlebrow. Tu kończy się jednak horyzont komiksowych dobrodziejstw. Dialogi nie udźwignęły bowiem jakiejkolwiek krytyki przedstawianego świata. Partycypują bez dystansu w „romansie z życiem”, choć wiemy, że nie idzie tu o smakowanie egzystencji z lekkością Greka Zorby, ale chwytanie dnia na sposób, w którym spontaniczne carpe diem zamienia się w rodzaj ideologii, wyniszczającego przymusu ekstazy, brylowania w ciągłej awangardzie „bycia”. Feministyczne inklinacje przypisywane Alice Prin temperowane są „równoważącym” pożądaniem „normy”, ustatkowania się, urodzenia dziecka. Tam zaś, gdzie rozlega się jej krzyk, że nie chce być tylko formą, kobietą abstrakcyjną, głosem „puszczonym” w świat, gdzie mówi się o „kawałku mięsa”, o jej „prostocie leśnego zwierzęcia” - brakuje akcentu. Autorzy raczej nie porzucają bądź co bądź bezpiecznej strefy: miejsca przeznaczonego dla Kiki-celebrytki, która zanim zaczęła żyć w legendzie, żyła w strumieniu plotek.

Zamieniając codzienność w sztukę, zwłaszcza sztukę życia, Alice Prin w pewnym sensie sama stała się arcydziełem. Jak na emblematycznym zdjęciu Man Raya Skrzypce Ingresa, którego rysunkowa wersja zdobi okładkę powieści graficznej Bocqueta i Catel. Ale czyim arcydziełem rzeczywiście była Kiki? Swoim, żywiołem kobiecości, self-made woman z początków wieku dwudziestego? Czy mężczyzn-artystów, w których oczach się przeglądała, którzy „pożyczali” jej wizerunek, by uwięzić go w ramach swych obrazów i fotografii? Gdyby komiks francuskich twórców zbliżył się choć do odpowiedzi na te pytania, gdyby wzniósł się ponad stereotyp „efemeryd życia” i „wiecznotrwałej sztuki”, gdyby zajrzał głębiej pod taflę relacji męsko-kobiecych, próbował zmierzyć napięcia biegnące między podmiotem i obiektem, nie dał się uwodzić hipnotyzującej aurze bohemy, miałby wielką szansę stać się czymś więcej niż tylko porządnym czytadłem.

Ale może gra niewarta była świeczki? Bo w końcu w sztuce biografii jest coś z gruntu podejrzanego: narracyjna kolonizacja cudzej intymności, balansowanie na granicy opowiadania i dopowiadania faktów, skłonność do odbrązowienia bądź mityzacji, pokusa ucieczki od rzeczywistości w eksperyment z samą formą przekazu. Właśnie dlatego geniuszowi tekstu tak trudno opanować esprit „arcydzieła życia”. A twarz Kiki, jak na fotografii Man Raya i okładce komiksu, i tak musi pozostać odwrócona.

Damian Kaja

Przykładowe plansze

O albumie

Kiki z Montparnasse’u
scenariusz: José-Louis Bocquet, rysunki: Catel
tłumaczenie: Katarzyna Koła
416 stron, format 170 x 240 mm
okładka kolorowa, środek czarno-biały oprawa twarda data wydania: lipiec 2012 wydawca: kultura gniewu
ISBN: 978-83-60915-65-3

Do nabycia

kultura.com.pl
incal.com.pl
sklep.gildia.pl
komiksiarnia.pl
komikslandia.pl

Sugerowany zapis bibliograficzny recenzji

Kaja, Damian. „Muza i bon vivanci”. Recenzje. Internetowy dodatek do „Zeszytów Komiksowych”. <http://www.zeszytykomiksowe.org/recenzja_kiki>. 31 sierpnia 2012.

 

Wróć do listy recenzji...

Data utworzenia strony: 31 VIII 2012
Ostatnia modyfikacja: 6 XII 2016