My nie są Amerykany
 

Biały orzeł i Druga liga - dwie polskie propozycje spod znaku komiksu superbohaterskiego różnią się diametralnie tak klimatem, jak i formą, trudno więc między nimi stawiać znak równości. Pierwsza naraża się na śmieszność, podczas gdy druga śmieszną być się stara. Obie jednak obnażają problemy, z jakimi borykają się u nas komiksy superbohaterskie.

Polska seria komiksowa Biały Orzeł zadebiutowała niedawno, mniej więcej w tym samym czasie, w którym pojawił się drugi zeszyt Drugiej Ligi. Jednak scenariusz tej ostatniej Jerzy Szyłak napisał dobrych parę lat temu. W polskim świecie komiksowym to była inna epoka - taka, w której jeszcze dało się kupić w księgarni zeszytówki z przedrukami amerykańskich opowieści o nadludziach. Dziś, po wielu próbach stworzenia koniunktury na zachodni komiks superbohaterski, okazało się, że rynek jest u nas zbyt płytki. Wobec tego trudno się również dziwić, że nie może on wchłonąć polskich produkcji spod znaku superhero - epigońskich, odtwórczych, wiele lat spóźnionych.

Jako człowiek wychowany na produkcjach TM-Semic z zainteresowaniem i życzliwością patrzę na inicjatywy typu Biały Orzeł, a wcześniej Henryk Kaydan, Konstrukt czy Kamień przeznaczenia, choć mam świadomość, iż z takich komiksów dawno wyrosłem. Wiem też, że nie można wrzucać tych wszystkich rzeczy do jednego worka, ponieważ zdarzają się wśród nich realizacje lepsze i gorsze. Jeśliby za wyznacznik jakości przyjąć trafność nawiązania do klimatu amerykańskich produkcji, to Biały Orzeł na tle reszty prezentuje się przyzwoicie. Kryterium najwierniejszego, rzemieślniczego odwzorowania w przypadku oceny komiksu rozrywkowego o ambicjach dotarcia do masowego czytelnika nie jest wcale głupie. Pytanie - retoryczne - brzmi, gdzie w Polsce jest ten „masowy czytelnik”?

Autorzy Białego Orła, Maciej i Adam Kmiołkowie oraz kolorystka Daria Widermańska-Spala, dość umiejętnie naśladują amerykańskich twórców komiksowych, takich jak Jim Lee, Greg Capullo czy Mark Silvestri. W przeciwieństwie do wielu innych kopistów nie mają oni braków warsztatowych (czego na przykład nie można powiedzieć o wciąż czyniącym postępy Jakubie Martewiczu, twórcy Henryka Kaydana), podczas przeglądania zeszytu efekt ich prac można by pomylić z oryginalnymi zachodnimi produkcjami. Wydaje mi się, iż największym komplementem pod adresem twórców jest w tym wypadku stwierdzenie, że nie mają oni swojego stylu, że ich prace wyglądają niemal identycznie jak coś innego, bardzo dobrze znanego i rozpoznawalnego dla wtajemniczonych. W przypadku naśladownictwa (by znów nie powiedzieć: epigoństwa) to wręcz cnota. Kmiołkowie otwarcie przyznają się do wszystkich twórców, którym zawdzięczają swoją fascynację komiksem. Ci wymienieni wyżej przeze mnie również znaleźli się na dziękczynnej liście.

Nie wartościuję tego negatywnie, skoro twórcy chcieli rysować jak Jim Lee, to rzeczywiście niemal się im to udało, i to trzeba docenić. Nie będę również drwił z faktu, że wiele motywów pojawiających się na planszach Białego Orła zostało żywcem wziętych z komiksów wydanych lata temu przez Marvela czy Image. Myślę nawet, że mógłbym zlokalizować konkretne źródła inspiracji. W tej konwencji nie da się zaskoczyć czytelnika nowością, a asortyment fabularnych chwytów jest ograniczony.

Za to można się zastanowić, dlaczego sama idea stworzenia Białego Orła wygląda śmiesznie. Dlaczego nie widzimy nic kiczowatego w Spidermanie huśtającym się na swojej pajęczynie wokół Empire State Building, a razi nas okładka przedstawiająca umięśnionego faceta w trykocie na tle Pałacu Kultury? Polska rzeczywistość tak dalece nie przystaje do fantastycznych wyobrażeń, takich jak obecność superbohaterów, że „zamaskowany pogromca zła” i „Warszawa” to pojęcia wzajemnie się wykluczające. Ten przeszczep nie może się przyjąć na swojskim gruncie nie tylko dlatego, że w Polsce niewiele osób chce czytać przedrukowywane amerykańskie komiksy o superbohaterach (z jakichś powodów tak się dzieje). Z takimi inicjatywami, jak Biały Orzeł, trzeba było startować kilkanaście lat temu, dziś nie ma szansy, by Aleks Poniatowski (!) ani ktokolwiek jemu podobny zaistniał w świadomości polskiego miłośnika komiksu w inny sposób niż jako nisza w komiksowym światku (który sam jest niszą w ramach kultury) albo obiekt żartów.

To właściwie kwestia nie tylko estetyki, ale też, jak mi się wydaje, bardziej beztroskiego niż nasze postrzegania świata przez Amerykanów. Komiks superbohaterski jest sprzęgnięty z ich kulturą, sądząc po jego pozycji, lepiej odpowiada wrażliwości obywatela kraju dobrobytu, niedoświadczonego tak silnie przez wojny i inne masowe tragedie XX wieku. Amerykanie mogą być „happy”, czego wyrazem jest niezobowiązująca, optymistyczna i kolorowa konwencja opowieści spod znaku superhero. Europa, zwłaszcza wschodnia, aż tak „happy” nie jest.

Biały Orzeł to opowieść bez ironicznego dystansu, snuta serio - zupełnie inaczej niż Druga Liga Jerzego Szyłaka i Mariusza Zawadzkiego. Ta, jako parodia opowieści superbohaterskiej, bardzo dobrze pasuje do polskiej rzeczywistości i mentalności. Tutaj też występuje Pałac Kultury, ale w nieco innych okolicznościach. Druga część komiksu (pierwsza wyszła w kwietniu 2006 roku) zaczyna się planszą ukazującą ten ikoniczny dla stolicy budynek w ogniu. Zaatakowali go uwolnieni z tajnych laboratoriów wybudowanych jeszcze za czasów PRL-u superbohaterowie. Wszystko, począwszy od tytułu nawiązującego do Ligi Niezwykłych Dżentelmenów, jest tu prześmiewcze. Pojawiają się postaci znane z gazet - w celu uspokojenia stworzonych za komuny bohaterów na miejsce zadymy zostaje wysłany generał Jaruzelski, gdzie indziej mignie twarz byłego prezesa TVP. Niektóre dowcipy miały charakter doraźny, były świeże w momencie pisania scenariusza i po latach straciły moc.

O ile warsztatowo Biały Orzeł jest do przyjęcia, o tyle Druga Liga dużo traci przez niekonsekwencję rysownika, który chyba nie mógł się zdecydować, czy będzie tworzył realistyczne plansze, czy w mniejszym lub większym stopniu deformował przedstawianą rzeczywistość. W efekcie w kadrach wśród zniekształconych, kanciastych i zaczernionych wizerunków postaci pojawia się narysowany „po bożemu” fiat 126p i modele czołgów. Kolory są ubogie i niespecjalnie dobrane, komiks przez to źle wygląda. Także scenariusz jest zbyt namiastkowy, może ta historia pociągnięta dalej - bo kończy się w sumie po około pięćdziesięciu stronach (na tylu zawierają się pierwsza i druga część łącznie) - wypadłaby bardziej przekonująco zarówno jako parodia, jak i autonomiczna opowieść awanturnicza.

Myślę, że zestawienie tych dwóch pozycji w bardzo skrótowy sposób ukazuje, jak prezentuje się rodzima produkcja nawiązująca do konwencji superhero. Z jednej strony - są coraz lepsze warsztatowo, ale płytkie (bo jakie miałyby być?) dzieła epigonów spod znaku Białego Orła, które nawet da się czytać, z drugiej - całkiem zabawne, choć niechlujnie wykonane parodie, którym - by nawiązać do tytułu komiksu Szyłaka i Zawadzkiego - daleko do ekstraklasy.

Przemysław Zawrotny

Przykładowe plansze

O albumach

Biały Orzeł #1
scenariusz: Maciej Kmiołek
rysunki: Adam Kmiołek
kolor: Daria Widermańska-Spala
28 stron, format B5
okładka i środek w kolorze
oprawa miękka
data wydania: grudzień 2011
wydawca: Wizuale S.C.

Do nabycia

gildia.pl
incal.com.pl
komiksiarnia.pl

Druga Liga #2
scenariusz: Jerzy Szyłak
rysunki: Mariusz Zawadzki
24 strony, format B5
okładka i środek w kolorze
oprawa miękka
data wydania: 2011
wydawca: Dom Komiksu

Do nabycia

incal.com.pl

Sugerowany zapis bibliograficzny recenzji

Zawrotny, Przemysław. „My nie są Amerykany”. Recenzje. Internetowy dodatek do „Zeszytów Komiksowych”. <http://www.zeszytykomiksowe.org/recenzja_orzel_liga>. 23 marca 2012.

 

Wróć do listy recenzji...

Data utworzenia strony: 23 III 2012
Ostatnia modyfikacja: 11 XII 2016