Ocalenie. Fragmenty

Niedawno przez światowe media przetoczył się huragan o stosunkowo rzadkiej proweniencji – literackiego skandalu. Oto bowiem belgijska pisarka Misha Defonseca (właśc. Monique De Wael) dopuściła się fałszerstwa, promując wspomnienia z czasu Zagłady pt. Misha: A Mémoire of the Holocaust Years (1997) jako dokument osobisty, który okazał się falsyfikatem. Są więc rodzaje fikcji, nieuzgodnione z postawą autora, których era autentyku nie wybacza. I są tematy, które wciąż domagają się świadectwa odpornego na próby przeinaczeń, krętactw, karykatur. Skazane na siebie Miriam Katin, opowieść o uciekających przed wojennym kataklizmem matce i córce, to książka stojąca po stronie intymnej, na wskroś wiarygodnej rejestracji dziejów zbrodni i historii przetrwania w czasach obłędu.

Dwa zaproszenia do lektury debiutanckiego komiksu Miriam Katin wydają się szczególnie ważne. Pierwszy to okładka, prostotą rysunku przypominająca, że nic nie mierzy zmienności wiatru historii lepiej niż płótno flag, tych powiewających i tych upadłych. Początek graficznego pamiętnika Katin – szczególnie dla polskiego czytelnika – ma wymiar deziluzji: jest niczym okno szczelnie wypełnione złowrogim widokiem dwóch totalizmów, hermetyczny koszmar wojennej i powojennej Europy. W okiennej ramie: dwie postacie w żałobnej czerni, kobieta i dziecko, za ich plecami portal do skradzionego życia. Na moment uchwycone w kadrze, zatrzymane w uchodźczym pośpiechu, zaklinowane w ucieczce donikąd. Constans tułaczego losu. Drugie zaproszenie to futurospekcja ze środka książki. Podczas telefonicznej rozmowy dorosła bohaterka-autorka na pytanie matki o zdarzenie z przeszłości: „Pamiętasz coś z tego?”, odpowiada: „Chyba nie”. Jak każdy memuar, którego zaczątkiem jest niepokój niepamiętania, Skazane na siebie to projekt odzyskiwania pamięci, żmudnej rekonstrukcji minionego, wysiłek porządkowania życiorysu rubryka po rubryce. Jeśli jednak w polu „dzieciństwo” przychodzi człowiekowi wpisać uwagę o wojennej traumie i życiu w świecie trawionym przez ciemność, nic dziwnego, że narracja organizująca tożsamość nie chce i nie może zakończyć się wraz z ostatnim kadrem rysunkowej opowieści. Dlatego opowiadanie obrazem uzupełniają fragmenty „dowodu osobistego”: faksymile prywatnych dokumentów, odautorski komentarz, tekstowy epilog, pożółkła fotografia matki i córki… Ścinki prywatnej odysei, słowa rozsiane wśród obrazów i obrazy zapodziane wśród słów, niecierpliwie kolekcjonowane, by służyć sztuce ocalenia. Opowiedzenie biografii jest czynnością zawsze niegotową, urągającą bezwzględnemu ładowi. O tym również przypomina Katin – Skazane na siebie, historia bardzo osobista, to właściwie spisanie czyjejś pamięci, wspomnień matki. Ale mimo deklarowanego przez autorkę dystansu do przeszłości czuć, że poznaje czytelnik odtworzenie dramatu o doniosłym znaczeniu dla całego jej życia: dogorywanie niewinności, dorastanie do przekonania o nieistnieniu Boga. Pamiętnik staje się opowieścią o utracie wiary. „Nie można spalić Boga”, mówi Esther do córki podczas spopielania dowodów dawnej tożsamości, tuż przed ucieczką z Budapesztu. Mimo to ostatnie zdanie wypowiedziane przez dziewczynkę, to, z którego brzmieniem zostawia się czytelnika, przesiąknięte jest wątpliwością: „A co jeśli mama spaliła Boga?”. Z błysków fabularnej przyszłości bohaterów wiemy, że to pytanie nie oznacza beznadziei, nie przekreśla szczęścia, nie unieważnia szans na powojenną normalność. A jednak w czasie po Szoa, skąd dochodzi głos Skazanych na siebie, ogień nie może już być symbolem oczyszczenia – jest destrukcją, narzędziem hekatomby. W sieci narracji wysnutej z indywidualnej pamięci szamoczą się znaczenia uniwersalne. Katin nie musi rysować pieców i kominów, by przypomnieć, że Bóg jest jedną z ofiar dwudziestowiecznego całopalenia.

Skazane na siebie to historia kobiecej siły i odwagi w obliczu okrucieństw wynikających z nazistowskiej okupacji Węgier. Zaczyna się w momencie zmierzchania starego świata: Esther podczas kawiarnianego spotkania z przyjaciółką, wypełniając rozporządzenie władz przesiedlających Żydów do getta, zmuszona jest pozbyć się psiego pupila małej Lisy (Miriam). Wstrząsający obraz irracjonalności pochłaniającej codzienną normalność otwiera katalog motywów znajomych z literackiej intymistyki wojennej. Podczas gdy mąż Esther walczy w węgierskiej armii, kobieta zdobywa dla siebie i dziecka fałszywe dokumenty, porzuca stare życie, ucieka z miasta. W czasie ukrywania się na wsi zmuszona zostaje do współżycia z nazistowskim oficerem; tego samego upokorzenia doznaje ze strony pijanych żołnierzy rosyjskich. Kiedy Károly wyrusza na jej poszukiwanie, wcale nie mamy pewności, że czas – utkany tyleż z heroizmu, co z niepojętego barbarzyństwa – pracuje na rzecz zjednoczenia rodziny. Równolegle podglądamy życie dorosłej Lisy-Miriam dwie dekady później. Wojenną scenerię determinowało pytanie, jak ograć lęk, poruszając się po fabryce strachu, w świecie bez map, w szpetocie ułomnej codzienności, która ani na moment nie zwalnia z obowiązku czujności i nie pozwala na luksus wytchnienia. Zainfekowanie przeszłością daje o sobie znać w relacjach Miriam z mężem i synem. Nieśmiało kredkowane barwne kadry pokazują, jak trauma okupacji nieustannie podmywa fundamenty powojennej powszedniości, zwykłego życia. Na próby budowania Domu nakłada się bez końca pierwsza konieczność opuszczenia Domu. Z wygnania, jak pokazuje posłowie autorki, rodzi się nomadyzm.

Sygnalizowane wcześniej dwa „wejścia” do semantyki graficznej opowieści Miriam Katin wydają mi się ważniejsze od rekonstrukcji przebiegu fabularnego. Ten bowiem, skupiony na faktach i przejmująco obrany z sensacji, dotyczy – jeśli wolno tak powiedzieć, choć być może to jedynie pobożne życzenie – „miejsc wspólnych” wyobraźni i wiedzy świadomego historii mieszkańca Europy Środkowej i Wschodniej. Dla macierzystej publiczności za oceanem musiał jednak posiadać rudymentarną wartość informacyjną, przy ładunku emocji czytelnym, rzecz jasna, pod każdą szerokością geograficzną. Dodatkowo – i to potwierdzenie kunsztu artystki w wyborze narracyjnego konceptu – porządek opowiadania określa dialektyka światła i ciemności, zaś dramat przedstawień wzmacnia figura dziecka. Szczere i nieco naiwne komentarze słodkiej dwulatki budują wcale niewygodną czytelniczą przewagę: wiedząc, jak bardzo rzeczywisty obraz świata odstaje od dziecięcego postrzegania, tym silniej czujemy rozdźwięk między tym, co realne, a tym, co dorosła autorka próbuje oswoić rysunkową opowieścią.

W najbardziej gwałtownych scenach memuar przypomina kreskowany raptularz, strona po stronie kontrapunktujący deklarowany przez Katin w posłowiu dystans do relacjonowanej historii. Prawda emocji osiągana minimalnymi środkami wyrazu czy fertyczny ruch niektórych postaci mogą przywodzić na myśl doświadczenie autorki w dziedzinie animacji. Ale zdeponowanie na komiksowej planszy każdej kreski wychodzącej spod ręki artystki, płynność cieniowanych, kłębiastych szkiców, pełną energii pasję notowania przeszłości, gradację stylu od pełnej kontroli linii po ich wirowatą ekspresję – na poziomie warstwy wizualnej można czytać jako swoisty powrót wypartego, latami przemilczanego, przepracowywanego. Nie wszystkie panele są w stanie udźwignąć ciężar obrazu. Miękki montaż, umowne, rozmywające się po wielokroć granice kadrów przypominają o tragicznym, wojennym kolapsie czasu i przestrzeni. W kontekście opowiadanej historii nie bez znaczenia pozostaje zapewne, że są w Skazanych… stronice, które wyglądają, jakby dymiły ołówkowym grafitem.

Sekwencję, w której Esther ciągnie małą Lisę na walizce przez śnieżną zawieję, ostatecznie znajdując schronienie przed rosyjskim pościgiem w leśnym szałasie, można czytać jako apogeum ludzkiej samotności i opuszczenia, wydanie na pastwę przypadku, ale także – może i wbrew zamiarom Katin – jako najbardziej dyskretną interwencję opatrzności. Stwierdzić jednoznacznie, że Skazane na siebie to opowieść o „skazaniu na wolność”, w sensie, jaki nadali temu sformułowaniu egzystencjaliści, byłoby uproszczeniem. Nowa publikacja Wydawnictwa Komiksowego oferuje czytelnikowi lekturę subtelniej stawiającą pytania o Boga, pamięć, historię i żydowską tożsamość. Kondycja człowieka pod nieobecność Stwórcy, miara jego oddalenia, dzieło usensownienia kalekiej rzeczywistości – chyba i to nurtuje autorkę tej dojrzałej narracji. Pewne jest natomiast co innego: książka Miriam Katin przypomina, że w projekcie Stworzenia rozdział światła od ciemności to kruchy rozdział.

Damian Kaja

Przykładowe plansze

O albumie

Skazane na siebie
scenariusz i rysunek: Miriam Katin
tłumaczenie: Wojciech Szot
136 stron, format 215x210 mm
oprawa twarda
data wydania: lipiec 2014
wydawca: Wydawnictwo Komiksowe
ISBN-13: 978-83-64638-03-9

Do nabycia

wydawnictwokomiksowe.pl
picturebook.pl
incal.com.pl
czytam.pl
imago.com.pl
sklep.gildia.pl
komikslandia.pl
fankomiks.pl
albertus.pl

Sugerowany zapis bibliograficzny recenzji

Kaja, Damian „Ocalenie. Fragmenty”. Recenzje. Internetowy dodatek do „Zeszytów Komiksowych”. <http://www.zeszytykomiksowe.org/recenzja_skazane>. 13 maja 2015.

 

Wróć do listy recenzji...

Data utworzenia strony: 13 V 2015
Ostatnia modyfikacja: 11 XII 2016