Brnąc przez Apokalipsę

Jakiś czas temu rozkręcałem komputer. Musiałem dokonać jedynie prostej naprawy, umieścić element znów na swoim miejscu, lecz na pozór mało skomplikowana czynność przerodziła się w kilkugodzinną katorgę. To wszystko zbiegło się z lekturą komiksu Toma Kaczynskiego Testując Apokalipsę. Rozbierając komputer element po elemencie, odkręcając sześć rodzajów śrub, odbezpieczając zatrzaski i wyjmując taśmy, czułem się jak bohater opowieści wspomnianego wyżej autora, człowiek uwikłany w niezrozumiałą i bezduszną rzeczywistość.

Tom Kaczynski, twórca mocno zakorzeniony w półświatku amerykańskiego komiksu niezależnego, przedstawia nam zbiór opowieści będących rozważaniami na temat jednostki i jej miejsca w świecie. Konfrontuje pojedynczego człowieka z ideami, sytuacjami i lokacjami, umieszczając go w roli bezbronnego obserwatora oddziałujących na niego procesów. Czytelnik przedziera się przez archipelag egzystencjalnych problemów, poznając intelektualną opinię twórcy na ich temat, sformułowaną na wysokim poziomie teoretycznym. Na pierwszy rzut oka widać negatywny stosunek Kaczynskiego do globalizacji, sformalizowanego świata korporacji oraz narastającej alienacji jednostki. Punkt widzenia autora jest skrajny, Kaczynski potępia ten wymiar nowoczesności, ale jego postawa pełna jest zarazem rezygnacji, wręcz pozbawiona nadziei. Bohaterowie Testując Apokalipsę często wbrew swojej woli znajdują się w sytuacji zagrożenia, stwarzanej przez na pozór bezpieczne mechanizmy. Praca w korporacji staje się sekciarskim kultem, a nowy wieżowiec w okolicy zaczyna wytrącać ludzi z równowagi psychicznej. Twórca komiksu sprawnie materializuje lęki, nadając im psychodelicznego charakteru. Zadając pytanie o naszą rolę w społeczeństwie, nie waha się umieścić nas na miejscu nic nieznaczących trybików, które przemieszczają się od przeciwności do przeciwności w beznadziejnej walce o przetrwanie. A to wszystko dzieje się w cieniu wielkich miast, korporacji czy idei.

Jakby tego było mało, odbiorca nie ma ułatwionego zadania – Kaczynski postawił na mocny, intelektualny przekaz. Narracja i dialogi wypełnione są naukowymi pojęciami, przez co odbiorca momentami ociera się o konieczność studiowania albumu ze słownikiem. Taki zabieg może zniechęcić czytelnika, lektura staje się nużąca oraz mało płynna. Sam nie raz musiałem robić dłuższe przerwy, by zrozumieć, co autor mógł mieć na myśli. W tej matni symboli, ukrytych metafor i naukowych porównań ginie sens samej opowieści. Zespolenie narracyjnego zagmatwania z nieumiejętnością skonstruowania jasnej puenty sprawia, że większość opowieści zdaje się niczym nieskrępowaną impresją autora, jego jednorazowym rozważaniem, którego sens jest znany tylko twórcy.

Kreska autora doskonale wpisuje się w apokaliptyczno-korporacyjne wizje, łączy techniczną fascynację geometrią i uporządkowaną przestrzenią z stylem przeznaczonym dla bardzo minimalistycznych storyboardów. Dzięki temu zabiegowi przenosimy się do pustego, pozbawionego głębi świata, w którym przeważają pojedyncze kolory, a człowiek jest otoczony przez samotność i zimno. Każda historia ma swój dominujący odcień, nadający charakteru prowadzonej narracji. Długość opowieści jest różna, od jednostronicowych skeczy, które swoją drogą najlepiej wychodzą autorowi, po dłuższe twory, starające się prezentować złożoną fabułę.

Kaczynskiemu nie można odmówić poczucia smaku i dopasowania środków przekazu: połączył w zgrabną całość surową, wręcz prostą kreskę i wizję świata antyutopii. Czytelnik trafia również na błyskotliwe przemyślenia, niebanalne porównania. Najbardziej przypadło mi do gustu określenie samochodu jako komory deprywacyjnej oddzielającej od zewnętrznych bodźców. Autor koncentruje się na bezradności, odosobnieniu jednostki i poszukiwaniu sensu w rzeczywistości sztucznej, bezdusznej i brutalnej. Bohaterowie jego historii są bezwolni, zanurzają się w zjawiskach nam znanych, lecz doprawionych psychodeliczną głębią. W interpretacji Kaczynskiego praca w korporacji może być praktyką religijną, a klęska żywiołowa staje się zaczątkiem nadziei na wyczekiwaną przez wszystkich apokalipsę. Koniec świata nie jest zagrożeniem, nie niesie rozpaczy i unicestwienia, zamiast tego daje nowy początek, uwolnienie od obciążeń, zobowiązań, tworzy specyficzną utopię. W tym momencie ujawnia się największy dar Kaczynskiego, czyli wręcz reporterskie zacięcie do opisywania zwykłych ludzkich zachowań, lęków i rozterek. W swoich najkrótszych historiach idealnie przedstawia portret współczesnych ludzi: jednostek skrępowanych przez konwenanse i systemy, które owe jednostki same współtworzą. Lęk przed interakcją z innymi, konieczność pogoni za modami czy prozaiczny, otaczający nas hałas stają się pretekstem do budowy prostych, dosadnych komiksów. W dłuższych opowieściach Kaczynski stara się nieludzkość świata przedstawionego wytłumaczyć za pomocą odwołań do science fiction, metafizyki czy teorii spiskowych. Ten zabieg, chociaż zapewne służył wzmocnieniu przekazu – ukazanie pułapki współczesności, sam mimowolnie wpisuje się w modną obecnie tendencję do posługiwania się ironią i sarkazmem jako głównymi środkami przekazu. Postmodernizm w tych utworach nie staje się metaforą trafiającą do czytelnika, ale skomplikowanym tłem, nie tylko utrudniającym odbiór, ale także przysłaniającym sens komiksu. Dłuższe formy wydają się miejscami przesycone intertekstualnością, stając się osobliwymi konstrukcjami, trudnymi w odbiorze.

Kaczynski przedstawił czytelnikom swoje obawy i przemyślenia, zrobił to jednak w bardzo mało przystępny sposób. Zapraszając do swojego świata, nie wyciągał ręki ani nie starał się ułatwić zrozumienia swojego punktu widzenia. W ten sposób powstał album bezkompromisowy, w pełni czytelny tylko dla zamkniętego grona odbiorców. Obawiam się jednak, że prawdy autora nie będą przełomowe dla osób biegle poruszających się w naukowych metaforach, a przeciętny odbiorca zniechęci się wręcz odstraszającą intertekstualnością komiksu. Paradoksalnie tych kilka historii, mimo chęci podjęcia przez autora wzniosłych tematów, z powodu swej konstrukcji ociera się o banał. Niestety niełatwo uciec od wniosku, że niczym bohaterowie swoich opowieści Kaczynski zagubił się. Nie w złowrogiej metropolii, tylko w skarbcu swego talentu.

Kamil Giedrys

Przykładowe plansze

O albumie

Testując Apokalipsę
scenariusz i rysunki: Tom Kaczynski
tłumaczenie: Grzegorz Ciecieląg
136 stron, format: 165 x 235 mm
oprawa miękka ze skrzydełkami
data wydania: lipiec 2016
wydawca: Wydawnictwo Komiksowe
ISBN-13: 978-83-8069-135-3

Do nabycia

gildia.pl
incal.com.pl
centrumkomiksu.pl
komikslandia.pl
czytam.pl
albertus.pl

Sugerowany zapis bibliograficzny recenzji

Giedrys, Kamil „Brnąc przez Apokalipsę”. Recenzje. Internetowy dodatek do „Zeszytów Komiksowych”. <http://www.zeszytykomiksowe.org/recenzja_testujac_apokalipse>. 12 lutego 2017.

 

Wróć do listy recenzji...

Data utworzenia strony: 12 II 2017
Ostatnia modyfikacja: 12 II 2017