Ikona N.N.

W niesławnej pracy Seduction of the Innocent (1954) psychiatra Fredric Wertham nazywał ją zagrożeniem dla męskości, a przeto dla porządku społecznego w ogóle. Patriarchalnego porządku, rzecz jasna. W czasach, gdy łapczywie pochłaniane opowieści rysunkowe ociekały testosteronem, psycholog William Moulton Marston wymyślił postać Wonder Woman jako przeciwwagę dla rodzącej się zmaskulinizowanej kultury superbohaterów. Wydanie przez Egmont komiksu o przygodach dzielnej Amazonki w poświęconej jej serii powinno być dużym wydarzeniem. Trudno jednak nie zauważyć, że dla polskiego czytelnika Wonder Woman to lektura bez instrukcji. Co niekoniecznie musi być rzeczą złą.

Wydaje się, że pierwszoligowa bohaterka DC miała „pod górkę” we współczesnym komiksie. Po pierwsze, jak Batman i Superman, dwie pozostałe ikony wydawnictwa, przychodziła do nowego pokolenia czytelników z innej ery, zarazem gwałtownej i niewinnej. Ale w przeciwieństwie do swych męskich pobratymców w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia nie odnalazła - w sensie kreatywnym - własnej Fontanny Młodości podobnej do Powrotu Mrocznego Rycerza Franka Millera czy choćby The Man of Steel Johna Byrne’a. W popkulturowej galaktyce blask serialu z Lyndą Carter w roli głównej (1975-1979) nie mógł równać się z legendotwórczym oddziaływaniem kinowego Supermana (1977) i późniejszego Burtonowskiego Batmana (1989). Kiedy Nietoperzowi i Człowiekowi ze Stali moszczono odświętne siedziska w komiksowej epoce „doroślenia” medium, amazońska wojowniczka jawiła się na ich tle niczym N.N. o rozmytej tożsamości, bohaterka bez metryki, egzystująca raczej na rubieżach nowo odkrytego superheroicznego „mroku”. Nieodzyskana dla współczesności, nieporwana przez nurt artystycznych i kulturowych przemian, a w konsekwencji nieporywającą rzesz nowych czytelników. Zepchnięta na boczny tor na tyle skutecznie, że w latach dziewięćdziesiątych żaden korporacyjny decydent nie skonfrontował jej z odpowiednikiem Doomsdaya (osobnik znany ze skasowania Supermana) czy Bane’a (drągal przepołowił kręgosłup Batmana), by powalczyć o wyniki sprzedaży jej solowej serii. Dla DC nie była nawet warta nekrologu, który odtrąbiłyby światowe media. W tym rankingu plasowała się za Flashem i Zieloną Latarnią. Po drugie zaś, Diana od początku była heroiną w świecie herosów, paradującą na kartach swojego miesięcznika przed przeważnie męską publicznością czytającą. Zamiast więc pracować nad modernizacją postaci, kolejne redakcje luki koncepcyjne nader często protezowały wątpliwym i krótkowzrocznym zarządzaniem zmysłowością bohaterki. (Protagonistki, warto dodać, anektowanej niegdyś alegacyjnie przez dyskurs feministyczny!) Mimo wielkich nazwisk (George Pérez, Gail Simone, Greg Rucka, Allan Heinberg, J. Michael Straczynski) angażowanych latami do rewitalizacji wizerunku Wonder Woman, by wywindować popularność postaci z poziomu „kultowości” do sfery „masowości”, każda kolejna ekipa twórców stawała przed tym samym zestawem problemów: bagażem historycznej „rewolucyjności” bohaterki, poszukiwaniem czytelniczego rezonansu, uzgodnieniem klasyki z nowoczesnością, znalezieniem wizualnego i literackiego języka dla uatrakcyjnienia narracji o Dianie od Amazonek. Nie wiadomo, czy w 2011 roku Brian Azzarello i Cliff Chiang podjęli wyzwanie, występując przed szereg, czy inni po prostu się cofnęli.

Pierwsze sześć odcinków reaktywowanej w ramach The New 52 serii, objętych tytułem Krew, zapowiada interesującą próbę potyczki z legendą, rozgrywki dotąd po wielokroć skazywanej na niepowodzenie. Cud-kobieta duetu Azzarello/Chiang (z kolorami Matthew Wilsona) to bohaterka akcji uwikłana w intrygę o mitologicznych proporcjach. Gdy po raz kolejny daje o sobie znać osławiony promiskuityzm bossa Olimpu, Zeusa, Diana decyduje się chronić kobietę noszącą boskie potomstwo przed gniewem Hery. Sprawy przybierają nieoczekiwany obrót, kiedy Amazonka dowiaduje się prawdy o swoim pochodzeniu, a najwytrawniejsi gracze greckiego panteonu bóstw rozpoczynają wyścig po Zeusowy tron.

Od fabuły ważniejszy wydaje się koncept postaci i ton opowiadania. Scenarzysta 100 naboi po remanencie uniwersum DC nie próbuje z marszu makijażować Wonder Woman na ikonę wydawnictwa. W postaci amazońskiej heroiny, nieskąpanej na kartach komiksu w morzu wewnętrznych monologów, jest coś behawioralnego, fizycznego: w premierowym zeszycie wojowniczą i szlachetną naturę Diany bezbłędnie odczytujemy jako esencję postaci, czytelniczą uwagę wabi zaś czar narracyjnego oddalenia. Azzarello nie stara się na siłę „podsłuchiwać” kobiecego głosu bohaterki, wybiera dystans, pisarski minimalizm, pozwalając sobie nawet na bezdialogowe stronice. Sedno postaci odnajduje pisarz w problemie tożsamości, w eksplorowaniu poczucia wykluczenia, w stygmacie wyobcowania. Co prawda, nie od dziś mam wrażenie, że Azzarello nie mówi dobrze po polsku, tzn. pisane przezeń dialogi nie brzmią efektownie w tłumaczeniu (i niekoniecznie jest to wina translacji): szorstkawe riposty wypadają sztucznie, brakuje iskry na stykach replik (vide dramatyczna konfrontacja Diany z Hipolitą w zeszycie trzecim, dwa numery dalej dialog Lennoxa i Hermesa) - ot, idiom przyspawany do angielszczyzny. Na podkreślenie zasługuje jednak fakt, że oryginalne i nieoczywiste dopasowanie na osi postać-twórca zdaje się wydobywać z autora święcącego niegdyś triumfy w Vertigo nową wrażliwość.

Taka interpretacja nie byłaby możliwa bez prac Cliffa Chianga. Zaczynający karierę w gronie komiksowych redaktorów Chiang wyrósł na jednego z mistrzów obrazowego opowiadania, artystę, którego warto czytać „z panelu na panel”, choćby i bez towarzyszenia słów. W przeciwieństwie do innego owocu współpracy z Azzarello, postmodernistycznej psoty Doctor 13, prace rysownika w Wonder Woman zasadzają się na linii znacznie mniej wygładzonej, za to zadziornej, miejscami energicznie kanciastej. Jego Diana jest kobieca i atletyczna jednocześnie, odświeżony wizaż bogów - co najmniej interesujący (nawet w przypadku Hadesa, który przypomina zantropomorfizowany kandelabr), a choreografia scen walki - nienagannie elegancka. Był czas, że eksponowany ponad miarę seksapil Wonder Woman stawał się liczmanem, wycenianym wysoko jedynie przez korporacyjnych buchalterów. Chiang i Azzarello obracają, na szczęście, inną walutą (zauważalna zmiana w kroju odzienia Diany - różnica między pierwotnym projektem okładki i jej finalną odsłoną - to, jak mniemam, wynik ingerencji prominentów DC), a podstawiony na dwa numery za regularnego rysownika Tony Akins wyraźnie im sekunduje.

Kiedy pisałem, że brak lekturowego instruktażu może wyjść czytelnikowi na dobre, miałem na myśli zaakcentowanie atrakcyjności nowej Wonder Woman jako inteligentnie zaprojektowanego serialu naznaczonego duchem przygody, będącego świeżym startem dla nader interesującej postaci. Kłopot w tym, że choć Azzarello bezbłędnie odnajduje rysy charakterologiczne amazońskiej księżniczki, i to bynajmniej nie w sposób pozorowany, równocześnie - paradoksalnie - niepokojąco wybrakowuje jej komiksowy genotyp. W wersji Marstona Diana była bowiem ucieleśnieniem kobiecej siły i niezależności pochodzącej z wychowania w matriarchacie. Tym zasadniczym faktem nie mogło zachwiać nawet jej bezgraniczne, nieraz zniewalające uczucie do Steve’a Trevora. U Azzarello w planie symbolicznym przestrzeń genezy i atrybucji cech charakteru jest tymczasem niebezpiecznie zdominowana przez bliskość centralnej figury mężczyzny (Zeus, w kolejnych częściach także Ares). Czy to zaczyn dodatkowego i istotnego konfliktu wewnętrznego postaci, czy po prostu kontrowersyjne pełzanie myślenia patriarchalnego - za wcześnie, by stwierdzić.

Ta ostatnia uwaga dobitnie pokazuje zresztą, że kłopoty z popularnością Wonder Woman doprowadziły do tego, że nieraz ciekawsze wydaje się to, co o bohaterce napisano, niż jej kolejne przygody. Komentarz wypiera źródło, interpretacja pożera przyjemność tekstu. Run Azzarello i Chianga, pociecha Nowego DC Comics obok Batmana Scotta Snydera i Grega Capullo, ma szansę tę sytuację zmienić, przynajmniej na jakiś czas. Podczas lektury warto jednak pamiętać, że w studium Wonder Women: Feminisms and Superheroes (2004) badaczka Lillian Robinson sugeruje, że amerykański komiks superbohaterski przeszedł od fazy prefeminizmu do fazy postfeminizmu, właściwie nie kłopocząc się feminizmem. Czy tak jest w istocie, nie wiem. Ale to oznacza, że entuzjaści komentarza także mają co robić.

Damian Kaja

Przykładowe plansze

O albumie

Wonder Woman, tom 1: Krew
scenariusz: Brian Azzarello
rysunek: Cliff Chiang i Tony Akins
kolor: Matthew Wilson
tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski
160 stron, format: 170x260 mm
oprawa twarda
data wydania: sierpień 2014
wydawca: Egmont Polska
ISBN-13: 978-83-281-0240-8

Do nabycia

sklep.egmont.pl
incal.com.pl
sklep.gildia.pl
imago.com.pl
komikslandia.pl
komiksiarnia.pl
fankomiks.pl

Sugerowany zapis bibliograficzny recenzji

Kaja, Damian. „Ikona N.N.”. Recenzje. Internetowy dodatek do „Zeszytów Komiksowych”. <http://www.zeszytykomiksowe.org/recenzja_wonder_woman>. 4 listopada 2014.

 

Wróć do listy recenzji...

Data utworzenia strony: 4 XI 2014
Ostatnia modyfikacja: 11 XII 2016